Sukces czy niedosyt? Podsumowanie pierwszej, historycznej rundy Piasta w IV lidz

Na półmetku sezonu 2017/2018 Piast Wrocław Żerniki zameldował się na jedenastym miejscu w tabeli Sport Track IV ligi. Przewaga nad strefą spadkową wynosi cztery punkty, strata natomiast do podium rozgrywek to punktów dziewięć. Czy dorobek 19 punktów to sukces Piasta, czy też piłkarze i działacze klubu powinni czuć niedosyt po rozegranej rundzie jesiennej? Odpowiedzi na to pytanie poszukamy w dalszej części artykułu.
Kiedy przed inauguracyjnym sezonem Piasta w Sport Track IV lidze szeregi wrocławskiego zespołu opuścili Robert Małecki, Michał Kossakowski, czy Radosław Iwan, wydawało się, że drużyna, która w ciągu dwóch lat wygrała 90 % ligowych potyczek, straciła swój charakter. Budowana od dwóch lat ekipa Grabowskiego zachwiała się w fundamentach.

Na szczęście działacze klubu mieli swój pomysł na nową drużynę Piasta. Wizja ta wpisywała się w strategię odmładzania zespołu i stawiania na wychowanków wrocławskich klubów, którzy kończą właśnie wiek juniora. Dyrektorem sportowym Piasta został doskonale znany w środowisku piłkarskim Marek Kowalczyk, który niewątpliwie miał duży wpływ na kształtowanie się kadry zespołu na debiutancki sezon w IV lidze. Współpraca trenera Grabowskiego z Markiem Kowalczykiem zaowocowała tym, że w miejsce wspomnianych zawodników w Piaście pojawili się dziewiętnastoletni Robert Pikulicki, Adrian Barański, Jakub Mikuś, czy Mateusz Grabowski. Ponadto do zespołu dołączyli niewiele starsi Damian Głęboki i Patryk Murawski, a także siedemnastoletni Kacper Korkosz. Jak się później okazało Murawski nie wystartował z Piastem i jego debiut w żółto czarnych barwach został przesunięty co najmniej do wiosny. Absencja byłego napastnika Miedzi Legnica, miała w konsekwencji pewien wpływ na wyniki zespołu, ponieważ w obliczu kontuzji Tomka Kosztowniaka Piast musiał rozgrywać większość meczów bez klasycznego atakującego. Pozostali jednak nowo pozyskani młodzi zawodnicy Piasta od pierwszych spotkań stanowili o sile zespołu z Osinieckiej.

Terminarz ligowy nie okazał się dla beniaminka z Osinieckiej łaskawy. Już w pierwszej kolejce do Wrocławia przyjechał zespół typowany w gronie faworytów do awansu do III ligi Bielawianka Bielawa. Goście zasileni przed sezonem kilkoma klasowymi zawodnikami (m. in. Hernani), wydawali się być zdecydowanym faworytem inauguracyjnego pojedynku. 250 osobowa publiczność była jednak świadkiem wyrównanych zawodów, których wynik ustalony został samobójczym strzałem Grzegorza Nowickiego. Mimo iż na grę żernickiej młodzieży wyraźnie wpływ miała debiutancka trema, Piast nie przyniósł wstydu i tylko nieznacznie uległ faworyzowanej Bielawiance.

Na drugie spotkanie podopieczni Grabowskiego pojechali do Wołowa, aby mierzyć się z tamtejszym MKP. Do zespołu Piasta powrócił po chorobie Mateusz Magusiak, jednak jedyny nominalny napastnik Piasta Tomasz Kosztowniak pozostawał wciąż kontuzjowany i nie mógł wzmocnić siły rażenia żółto-czarnych. Bardzo dużą stratę dla Piasta stanowiła również absencja wychowanka Piasta Jakuba Myki. 25 letni pomocnik z Żernik, będąc w swojej optymalnej formie, staje się automatycznie liderem środkowej formacji Piasta. Niestety Myka na swój debiut w IV lidze musiał jeszcze poczekać. Mecz w Wołowie okazał się natomiast wyjątkowo szarpanym widowiskiem. Obie ekipy nie zaliczą tego występu do udanych, ale końcówka spotkania mogłaby zaistnieć w internetowych rankingach jako jedna z najbardziej emocjonujących w historii. Faktem stał się jednak historyczny, pierwszy punk Piasta, a bramkę na wagę pierwszego punktu zdobył niesamowity Piotr Tylka.

Po remisie w Wołowie na wrocławian czekały trzy bardzo trudne pojedynki. Najpierw do Wrocławia przyjechać miała Pogoń Oleśnica, doświadczona drużyna, która niezbyt udanie rozpoczęła sezon. Po dwóch ligowych porażkach na inaugurację ligi, Pogoń chciała we Wrocławiu gładko zwyciężyć i powrócić tym samym do grona drużyn wymienianych jako najsilniejsze w lidze. Tego dnia jednak, najstarszy klub na Dolnym Śląsku natrafił na bardzo dobrze dysponowany kolektyw Piasta. Wrocławianie po bramce Magusiaka wygrali 1:0 i był to najmniejszy wymiar kary dla faworyzowanej Pogoni. Pierwsza wygrana Piasta nie tylko wlała wiele optymizmu w serca piłkarzy i kibiców wrocławskiej drużyny, ale również utwierdziła w przekonaniu Grabowskiego, Kowalczyka i innych działaczy Piasta, że warto stawiać na młodzież.

Z 4 punktami po III kolejce Piast plasował się w środku tabeli IV ligi. Było to zaskoczeniem dla wielu przedsezonowych obserwatorów, którzy od początku stawiali zespół Grabowskiego w gronie kandydatów do spadku z IV ligi. Drużyna kierowana przez Adama Samca dojrzewała jednak z dnia na dzień. Wygrane w Pucharze Polski dodatkowo podnosiły morale zespołu. Jedyną bolączką wydawał się brak prawdziwego napastnika. Tomasz Kosztowniak wciąż nie był sprawny na 100 %, a Patryk Murawski, jak się finalnie okazało, pomimo wcześniejszych zapowiedzi, nie był w stanie wzmocnić formacji ofensywnej z Osinieckiej w rundzie jesiennej. Trener Piasta zmuszony został do eksperymentowania w ataku. W pierwszej linii pojawiali się, raz Piotr Tylka, raz Mateusz Magusiak. W pucharze Polski na pozycji nr 9 wystąpił nawet nominalny obrońca Grzegorz Nowicki... Brak typowej opcji ofensywnej nie wróżył nic dobrego przed wyjazdem do Wałbrzycha na mecz z tamtejszym Górnikiem. Oczywistym jest, że tak renomowany klub jak Górnik, po zeszłorocznej sensacyjnej degradacji, chce jak najszybciej powrócić do III ligi. Zespół spod Chełmca wydawał się więc murowanym faworytem, choć jak się później okazało nie taki był diabeł straszny jak go malowano. Piast prowadził na trudnym terenie i gdyby nie niewytłumaczalna niemoc po zdobytej bramce Wrocławianie, i w Wałbrzychu, mogli powalczyć o korzystny wynik. Niestety, ostatecznie po szalonej końcówce Piast przegrał 3:4. Nie przekłamując jednak rzeczywistości należy podkreślić, że Wałbrzyszanie byli tego dnia lepsi od Piasta, a mecz w wykonaniu podopiecznych Grabowskiego należy uznać za nieudany. Kilka mocnych słów po tym spotkaniu miał do powiedzenia piłkom z Osinieckiej doświadczony dyrektor sportowy Piasta Marek Kowalczyk. Emocjonalna odprawa byłego piłkarza Śląska podziałała mobilizująco na postawę młodych piłkarzy Piasta ponieważ już w następnej kolejce zespół z Żernik pokazał się z dobrej strony mimo przegranego meczu z faworytem rozgrywek Foto Higieną Gać.

Była to V kolejka Sport Track IV ligi. Na ul. Osiniecką do Wrocławiu zawitała ekipa Foto - Higieny Gać, która w ubiegłym sezonie w cuglach wygrała ligę i także w sezonie bieżącym uchodzi za murowanego faworyta do wygrania rozgrywek. Coraz odważniej grający Wrocławianie nie ulękli się jednak faworytowi z Gaci i postawili drużynie Foto - Higieny trudne warunki. Na kwadrans przed końcem meczu na boisku mieliśmy remis i tylko fenomenalna bramka Orzechowskiego zaburzyła święto na żernickich trybunach, na których po raz kolejny zagościło sporo ponad dwustu kibiców. Piast przegrał po raz kolejny jedną bramką, jednak piłkarze Pawła Grabowskiego zaczęli czuć, że między nimi, a zawodnikami grającymi w IV lidze od sezonów, nie ma aż takiej różnicy, jak wróżyli niektórzy przed sezonem.

W pomocy żółto - czarnych świetnie zaczął radzić sobie Robert Pikulicki. Nie ustępował mu w niczym najmłodszy w zespole Kacper Korkosz. U boku Adama Samca milowe postępy w obronie robił Mateusz Grabowski, a defensywa Piasta mimo trzech porażek zaliczana była po piątej kolejce do najlepszych w lidze. Bardzo dobrze wyglądał wychowanek Parasola Wrocław Adrian Barański, do pełni formy dochodził również włoski internacjonał Damian Głęboki. Pomimo dwóch ostatnich porażek kibice wrocławskiego zespołu mogli mieć powody do optymizmu.

Martwiły jednak inne rzeczy. Pomijając urazy sprzed sezonu, po przygodzie w Wałbrzychu pojawiły się kolejne kontuzje. Jakkolwiek coraz lepiej czuli się Tomasz Kosztowniak i Jaku Myka, to jednak na dłuższą przerwę zapowiadały się urazy Grzegorza Nowickiego i Bartosza Szlugi. Jak się później okazało, żadnego z tych piłkarzy kibice nie zobaczyli już na boisku w rundzie jesiennej.

A jednak na mecz VI kolejki Sport Track IV ligi z Nysą Kłodzko ekipa Piasta jechała z przeświadczeniem o własnej sile. I rzeczywiście, podopieczni Grabowskiego zdominowali w Kłodzku tamtejszą Nysę wygrywając nieznacznie, ale zasłużenie. Jak się później okazało, Nysa zapracowała na miano czarnego konia rozgrywek jesiennych, tym bardziej więc docenić należy zwycięstwo na tak ciężkim terenie, gdzie przegrywały między innymi takie drużyny ja Górnik Wałbrzych, czy Śląsk Wrocław. Mecz w Kłodzku przez 90 minut toczył się pod dyktando Wrocławian, co pokazało, że zespół z Żernik jest w stanie zdominować każdego. Bohaterem Wrocławian okazał się Michał Szewczyk, który strzelił swoim rywalom obydwie bramki, przy czym tą drugą w ostatniej minucie spotkania.

Niestety po Kłodzku przyszedł kryzys. Jeszcze z Polonią Trzebnica Piast uzyskał na własnym boisku remis, jednak kolejkę później drużyna Grabowskiego została rozbita, dosłownie i w przenośni, w Ząbkowicach Śląskich przez tamtejszego Orła. Przegrana w Ząbkowicach nie zasmuciła jednak trenerów Piasta tak bardzo jak informacja o kolejnych kontuzjach. Zarówno Kosztowniak, jak i Myka powrócili do zespołu zaledwie na dwa spotkania, aby ponownie zapisanych zostać na liście piłkarzy kontuzjowanych. Sytuacja kadrowa Piasta zaczęła być bardzo niedobra. Przypomnijmy, urazy leczyli w tamtym momencie Szluga, Nowicki, Bicz i Murawski. Doszli do tego po raz kolejny Kosztowniak z Myką. Do zespołu wrócić mieli jednak nieobecni w ostatnim meczu Ludwiczak, Barański i Tylka. Piast przygotowywał się więc do meczu o sześć punktów z Sokołem Wielka Lipa.

Niestety, kryzys się pogłębił. Siódmego października Piast doznał kolejnej porażki okupionej dodatkowo kontuzjami następnych zawodników. Mimo prowadzenia z Sokołem Piast przegrał na własnym boisku 1:2, jednak obok wyniku, najbardziej przerażała kontuzja filara wrocławskiego zespołu Adama Samca. Kapitan Piasta nie opuścił w ciągu czterech ostatnich lat ani jednego meczu ligowego w barwach Chrobrego Głogów. Niestety po VII kolejce w Sport Track IV lidze zmuszony został przerwać to niesamowite pasmo na kilka tygodni.

Po IX kolejce ligowej w obozie Piasta panował minorowy nastrój. Wrocławianie zajmowali przedostatnie miejsce w tabeli i mieli przed sobą do rozegrania mecze w poważnym osłabieniu kadrowym. Tylko charakter zespołu mógł ich uratować. Tylko, czy ten zespół miał już ukształtowany charakter? Jak się okazało, najbliższy mecz taki charakter w młodej ekipie Grabowskiego właśnie ukształtował.

A nie był to łatwy mecz. Piast gościł na boisku faworyzowanego Sokoła Marcinkowice. Ani kibice, ani działacze Piasta nie wyobrażali sobie zestawienia obrony swojego zespołu bez jego kapitana Adama Samca. Trener Grabowski wraz z pomagającym mu Markiem Kowalczykiem, zdecydowali się zastosować jednak zupełnie inny wariant gry obronnej. Na boisku pojawiło się trzech stoperów, a system gry 3-5-2 wybił z rytmu podopiecznych Marcina Krzykowskiego. Po dramatycznym spotkaniu Piast zremisował w Marcinkowicach z tamtejszym Sokołem 4:4, a remis ten był dla młodych piłkarzy Piasta kolejnym, namacalnym dowodem na to, że mogą grać w tej lidze z każdym, jak równy z równym. Bardzo dobry mecz w barwach Wrocławian rozegrał Jakub Mikuś i od tego momentu, już do końca rundy młody wychowanek Śląska zawładną w ekipie Grabowskiego pozycją numer sześć.

Kolejne dwa spotkania Piast miał grać przed własną publicznością. Na Żernikach zaczęła pojawiać się informacja, że zespół zostanie wzmocniony przez Maćka Kowalczyka, a więc napastnika, który wreszcie może wypełnić luki w pierwszej linii Piasta. Z Unią Bardo jednak doświadczony zawodnik jeszcze zagrać nie mógł. Piłkarze Grabowskiego stanęli jednak na wysokości zadania i zdobyli cenne trzy punkty pomimo iż rywal do ostatniej chwili walczył o korzystny wynik. Zwycięstwo nad bardzo dobrą ekipą z Barda dało podopiecznym Grabowskiego kolejną dużą dozę pewności siebie.

Spotkanie XII kolejki z faworyzowaną Polonią Świdnica żerniczanie rozpoczęli wreszcie zupełnie pewni siebie. Zespół wzmocniony przez Kowalczyka grał w pierwszej część jak z nut prowadząc wyraźnie 2:0. Gdyby do przerwy wynik był dwukrotnie wyższy goście nie mogliby mieć do nikogo o to pretensji. Ostatecznie Wrocławianie wygrali 3:2 i zaczęli oddalać się od strefy spadkowej Sport Track IV ligi. Nastroje były tym lepsze, że przed Wrocławianami był wyjazd do jednego z autsajderów ligi Karoliny Jaworzyna Śląska, a do zespołu miał wreszcie powrócić kapitan zespołu Adam Samiec.

Niestety po raz kolejny okazało się, że nazwiska same nie grają. Piast, który po raz pierwszy w historii wystąpił w meczu IV ligi w roli faworyta, zawiódł, a wywieziony z Jaworzyny punkt nie zaciemnia obrazu słabej gry Wrocławian. Wytłumaczeniem dla słabszej postawy drużyny Grabowskiego mogą być warunki panujące na boisku Karoliny. Bardzo grząska murawa nie pozwoliła Piastowcom na ulubioną grę pozycyjną i Jaworzanie mogli, a nawet powinni sprawić w tym meczu niespodziankę. Ostatecznie remis wydaje się wynikiem sprawiedliwym, chociaż z pewnością nie satysfakcjonował żadnej ze stron.

W przedostatniej kolejce ligowej na Osiniecką przyjechała Wiwa Goszcz. Piast rozegrał bardzo dobre zawody nie pozostawiając gościom zbyt wielu złudzeń. 2:0 to najniższy wymiar kary dla podopiecznych trenera Klepaka. Wydawało się, że zespół Piasta wreszcie jest w sztosie. Do kadry powrócili na dobre Samiec i Myka. Do dyspozycji trenera był również Kosztowniak. Przed podopiecznymi Grabowskiego pozostał tylko jeden mecz. Derbowy pojedynek ze Śląskiem Wrocław.

Mecz na Oporowskiej był powrotem na ten stadion kilku piłkarzy Piasta. Łatwo więc się domyślić, że pojedynek z wiceliderem już na samą myśl o nim wydzielał adrenalinę u większości piłkarzy z Osinieckiej. Niestety, wydaje się, że ekipa Piasta nie podołała presji i szczególnie w pierwszej połowie zawiodła. Śląsk uzyskał do przerwy dwubramkową przewagę i mimo ambitnej pogoni w drugiej części meczu, zespół z Żernik nie zdołał uzyskać korzystnego wyniku, przegrywając po raz kolejny jedną bramką.

Pięć meczy wygranych, cztery remisy i sześć porażek. Bilans wydaje się bardzo zrównoważony. Uzyskane w rundzie jesiennej wyniki zespołu Grabowskiego charakteryzują się właśnie tym, że w każdym spotkaniu Piast przegrywał, lub wygrywał zaledwie jedną bramką. Tylko w spotkaniach z Orłem Ząbkowice i Wiwą Goszcz różnica bramek wynosiła dwie, co i tak świadczy o 15 wyrównanych czwartoligowych meczach rozegranych na wiosnę przez zespół z Żernik.

Czas działa na korzyść zespołu Pawła Grabowskiego. Wyniki uzyskiwane pod koniec sezonu, styl gry prezentowany przez drużynę w ostatnich meczach, świadczą wyraźnie o tym, że zespół się zgrał, młodzi piłkarze dojrzali, a współpraca między nimi a bardziej doświadczonymi zawodnikami, zaczyna przybierać bardzo obiecujący kształt.

Niekwestionowanymi liderami zespołu Piasta Żerniki są Adam Samiec i Maciej Kowalczyk. Pierwszy z wymienionych opuścił jednak w bieżącym sezonie aż trzy mecze ligowe, a drugi rozegrał w żółto-czarnych barwach zaledwie cztery spotkania. Obaj jednak piłkarze będą na wiosnę stanowić o sile wrocławskiego zespołu, a w obliczu ich niebywałego doświadczenia, jest pewnym, że żernicka młodzież będzie mogła owocnie rozwijać swoje umiejętności.

Już, w dopiero co zakończonej rundzie jesiennej, dzięki kapitanowi wrocławskiego zespołu, niesamowite postępy w swojej grze zrobił młodziutki wychowanek Ślęzy Wrocław Mateusz Grabowski. Samiec z Grabowskim przez większą część rundy jesiennej stanowili dla napastników IV ligi mur nie do rozbicia i jeśli kontuzje będą omijały obu piłkarzy, Piast może być spokojny o swoją środkową formację na wiosnę. Do poziomu obu piłkarzy próbowali dostosować się pozostali obrońcy. Trzeba przyznać, że przychodziło im to ze zmiennym szczęściem. Najrówniej w przeciągu całej rundy grał Marek Ludwiczak. Piłkarz, dla którego gra w IV lidze nie jest nowością, może zaliczyć rundę jesienną do udanych, chociaż na pewno obrońca Piasta czułby się bardziej spełniony, gdyby nie kontuzje, które wyeliminowały go z jednej trzeciej ligowych potyczek. Doskonałe umiejętności pokazywał momentami włoski internacjonał Damian Głęboki. Popularny "Grande" potrzebował kilka spotkań, aby dostosować się do gry swoich nowych kolegów. Końcówka rundy, to jednak stabilna, wysoka forma wychowanka Parasola Wrocław. Bardzo obiecująco sezon na boiskach IV ligi rozpoczął młodziutki Grzegorz Nowicki, niestety szybko doznana kontuzja wyeliminowała go z dalszych jesiennych gier. Luki po nieobecnych piłkarzach formacji defensywne łatał jak mógł 19 letni Jakub Mikuś. Finalnie piłkarz ten zakorzenił się w środkowej formacji Piasta wykorzystując z kolei kontuzję Bartosza Szlugi, który już od trzeciej kolejki spotkań pauzować musiał aż do końca rundy. Kolejnym bardzo ważnym ogniwem w łańcuchu żernickiego zespołu okazał się Konrad Makar. Na tego zawodnika trener Grabowski mógł liczyć przez całą rundę, a na każdej pozycji, na której Makar był do gry desygnowany, z powodzeniem realizował założenia swojego trenera. Wychowanek Tęczy Pisarzowice krążył w trakcie sezonu wzdłuż i wszerz boiska, zaliczając występy na każdej pozycji dwóch ostatnich linii zespołu i stanowiąc tym samym swoisty handikap dla Grabowskiego w momentach kontuzji któregokolwiek z zawodników formacji obrony i pomocy. Dużo mniej okazji do gry miał w zakończonej właśnie rundzie Piotr Wysoczański, Obowiązki zawodowe piłkarza z Samotworu skazały go od początku na rolę zmiennika. Wychowanek Sokoła Smolec rozegrał w barwach Piasta mecze w Pucharze Polski, a na swój debiut w IV lidze musi poczekać do wiosny.

Cofając się z linii obrony o jedną pozycję w dół, kilka słów należy napisać o pozycji bramkarza. Od zawsze pozycja ta była piętą Achillesa Piasta Żerniki. Oczywiście, w ciągu 25 lat na Osinieckiej kibice podziwiać mogli kilku klasowych bramkarzy, jak choćby legendarnego już Patryka Bednarka, jednak przez większość cześć historii klubu pozycja numer jeden budziła najwięcej kontrowersji i niepokojów. Jeżeli już w zespole Piasta pojawiał się wysokiej klasy bramkarz, najczęściej nie miał on konkurencji, a przy każdej kontuzji między słupkami bramki Wrocławian zmuszony był stawać jeden z obrońców.

Przed bieżącym sezonem wydawało się, że wreszcie pozycja bramkarza nie tylko zostanie dobrze obsadzona, ale również na Żernikach dojdzie do rywalizacji co najmniej dwóch bardzo dobrych golkiperów. Niekwestionowanym liderem na swojej pozycji miał być broniący od dwóch lat dostępu do bramki Piasta Bartłomiej Guździoł. Jego rywalem został natomiast młodziutki, ale bardzo utalentowany wychowanek Foto - Higieny Gać Piotr Wojciechowski. Niestety młody golkiper z Gaci nie wytrzymał konkurencji z Guździołem i w trakcie sezonu, opuścił zespół z Żernik w niezbyt honorowych okolicznościach. Okazję tą wykorzystał siedemnastoletni Mateusz Pitek, który wskoczył do pierwszego zespołu Piasta i mimo iż podopieczny Janusza Jedynaka nie miał jeszcze okazji debiutu na boiskach IV ligi, to ucząc się u boku doświadczonego Bartka Guździoła jest w stanie wkrótce skutecznie powalczyć o miejsce w pierwszym zespole. Guździoł jednak nie ma zamiaru nikomu łatwo swojego miejsca w zespole oddawać. Rozegrana runda jesienna potwierdza wysokie kwalifikacje golkipera ze Smolca, czemu nie zaszkodziła nawet nowa rzeczywistość życiowa, jaka zastała go tuż po narodzinach córeczki. W większości meczów Guździoł stanowił podporę defensywy zespołu Grabowskiego, a nieliczne błędy bramkarza Piasta nie wpłynęły na ogólną ocenę golkipera z Osinieckiej. Według wielu postronnych obserwatorów Guździoł zapracował na miano jednego z najlepszych bramkarzy Sport - Track IV ligi.

O obrazie gry wszystkich zespołów świata decyduje w największym stopniu linia pomocy. W tej właśnie formacji, w drużynie Piasta doszło przed sezonem do największych zmian. Doświadczonych zawodników zastąpili piłkarze "na dorobku", a ich dyspozycja stanowiła w sierpniu jedną, wielką niewiadomą. Jak się jednak okazało, w miarę trwania rozgrywek, wszyscy nowo pozyskani zawodnicy okazali się bardzo wartościowymi wzmocnieniami, a miejsce w pierwszej jedenastce wywalczyli sobie Robert Pikulicki i Jakub Mikuś. Pierwszy z wychowanków Śląska w kilku meczach pokazał, że potrafi z powodzeniem kreować grę Piasta "do przodu", a jego niekonwencjonalne zagrania często wzbudzały na trybunach przy ul. Osinieckiej uznanie i zachwyt kibiców. Do miana odkrycia sezonu Pikulickiemu zabrakło ustabilizowania formy. Młody pomocnik potrafił bowiem zachwycać przez trzy mecze, aby w kolejnych dwóch skryć się w cieniu swoich bardziej doświadczonych kolegów. Z dużą jednak dozą prawdopodobieństwa stwierdzić można że Robert Pikulicki będzie liderem IV ligowego Piasta w najbliższych sezonach. Kolejnym młodym pomocnikiem, na którego postawili działacze Piasta był Adrian Barański. Mimo iż wychowanek Parasola Wrocław nie był podstawowym zawodnikiem zespołu w swoim inauguracyjnym sezonie na boiskach IV ligi, to jednak absolutnie nie zawiódł w roli zmiennika. Na wiosnę ambitny piłkarz z pewnością powalczy o miejsce w pierwszej jedenastce wrocławskiego zespołu.

Formę w kratkę prezentowali natomiast pozostali zawodnicy formacji środkowej w zespole z Osinieckiej. Michał Szewczyk potrafił w pojedynkę wygrywać mecze, jak również kompletnie znikać na kilka spotkań. Wydawało się, że po odejściu Kossakowskiego i Iwana rolę lidera środka pola dźwignąć będzie w stanie Mateusz Magusiak. Młody pomocnik Piasta nie może jednak zapisać inauguracyjnej rundy w IV lidze do wyjątkowo udanych. Popularny Dzidek zdobył co prawda osiem bramek (pięć z rzutów karnych) i zanotował kilka asyst, jednak piłkarza wychowanego na Pilczycach stać niewątpliwie na lepszą grę, predysponującą go do miana lidera zespołu. W rundzie jesiennej Magusiak takim piłkarzem nie był i na wiosnę ambitny zawodnik Piasta będzie chciał na pewno udowodnić swoją pozycję w zespole. Trudno ocenić natomiast postawę Bartosza Szlugi i Jakuba Myki. Obaj piłkarze rozegrali w rundzie jesiennej po mniej więcej trzy spotkania, a kontuzje wyeliminowały ich z walki o miano podstawowych zawodników swojego zespołu. Obaj pomocnicy są jednak niewątpliwie kluczowymi, jeśli chodzi o wybór trenera przy ustalaniu drugiej linii zespołu z Osinieckiej. Miejmy nadzieję, że piłkarze przystąpią do przygotowań do rundy rewanżowej w pełni zdrowia i potwierdzą swoje aspiracje do gry w podstawowym składzie. Bardzo udanie w szeregi zespołu Piasta wkomponował się natomiast najmłodszy zawodnik żółto-czarnych Kacper Korkosz. Pozyskany z centralnej ligi juniorów mieszkaniec podwrocławskiego Wilkszyna rozegrał w podstawowym składzie Piasta kilka pierwszych spotkań i z pewnością nie zawiódł oczekiwań Grabowskiego i Kowalczyka. Końcówka rundy nie była już dla wychowanka Śląska tak udana. Korkosz stracił miejsce w podstawowym składzie, choć wydaje się naturalnym, że gdy tylko młody pomocnik Piasta usystematyzuje obecność na treningach, z pewnością okaże się silnym ogniwem ekipy z Wrocławia. Intensywność treningowa okazała się również piętą achillesową innego z piłkarzy Piasta. Mowa o Tarasie Fetkovychu, któremu sprawy zawodowe nie pozwoliły w pełni wykorzystać swojego potencjału. Taras pełnił w rundzie jesiennej rolę zmienika i wywiązywał się z niej ze zmiennym szczęściem. Kiedy jednak zespół był w potrzebie, sympatyczny Ukrainiec zawsze był do dyspozycji trenera.

Linia ataku to najbardziej kontrowersyjna i budząca emocje formacja zespołu z Osinieckiej. Do rozgrywek IV ligi Piast zgłosił dwóch nominalnych napastników. Jak już zostało wspomniane, Patryk Murawski zmuszony został odpuścić rundę jesienną już w przedbiegach. Cały ciężar poczynań ofensywnych zespołu został więc zrzucony na barki czterdziestoletniego Tomasza Kosztowniaka. Działacze Piasta po raz kolejny zaufali doświadczonemu napastnikowi, który od dwóch lat prowadził zespół żółto-czarnych do efektownych zwycięstw. Niestety, brak alternatywy na pozycji wysuniętego napastnika szybko okazał się piętą achillesową zespołu z Żernik. Kosztowniak w trakcie przygotowań do sezonu nabawił się kontuzji, a Piast rozpoczął sezon bez klasycznego napastnika. Wychowanek Śląska Wrocław przez całą rundę ambitnie walczył o powrót do gry, jednak udało mu się zagrać jedynie w kilku spotkaniach. Niestety nie był w tym czasie w stanie powrócić do swojej optymalnej dyspozycji, a rundę jesienną z pewnością nie zaliczy do udanych.

W obliczu problemów w ataku pierwszą opcją trenera Grabowskiego stał się dotychczasowy skrzydłowy Piotr Tylka. Nominalny pomocnik Piasta otrzymał niewdzięczną rolę potykania się z doświadczonymi obrońcami IV ligi. Jak się okazało, niejednej formacji defensywnej czwartoligowych zespołów wychowanek Lechii Dzierżoniów zdążył na jesieni nadszarpnąć nerwy. Niespotykana wydolność piłkarza z Osinieckiej doprowadzała do rozpaczy defensorów drużyn przeciwnych, a jednocześnie zadziwiała wszystkich obserwatorów żernickiego zespołu. Gdyby tylko sympatyczny pomocnik Piasta poprawił skuteczność, mógłby zostać nie tylko bohaterem Piasta, ale również królem strzelców całej IV ligi. Dużo mniej okazji do gry miał w rundzie jesiennej Kamil Węgiel. Piłkarz, który od lat związany jest z wrocławskim zespołem, zaliczył co prawda debiut w IV lidze, jednak ambicje piłkarza sięgają z pewnością dalej. Na cztery kolejki przed końcem rundy do zespołu Grabowskiego dołączył natomiast Maciej Kowalczyk. Doświadczony napastnik u schyłku swojej kariery postanowił zasilić szeregi wrocławskiej ekipy. Wielu kibiców Piasta twierdzi, ze gdyby Kowalczyk dołączył do zespołu przed sezonem, Piast znajdowałby się dużo wyżej w tabeli, niż aktualnie po rundzie jesiennej. Patrząc na wyrównany charakter wszystkich spotkań Piasta trudno się z tą tezą nie zgodzić. Kowalczyk miał spory wpływ na poczynania Piasta podczas czterech ostatnich spotkań, a siedmiopunktowa zdobycz świadczy dobitnie o tym, że uzupełnienie linii ofensywnej o byłego króla strzelców I ligi to spore wzmocnienie zespołu z Osinieckiej.

Po ostatniej kolejce wydaje się, że zespół z Osinieckiej wreszcie stanowi monolit. Piłkarze poznali się na wzajem, a uzupełnienie ostatniej pozycji jest dopełnieniem potrzeb wrocławskiej drużyny. Przed wrocławskimi działaczami stoi wyzwanie utrzymania kadry w przerwie zimowej i dokoptowanie do niej jednego, góra dwóch piłkarzy. Mimo iż Sport Track IV liga wydaje się bardzo wyrównana, Piast, z obecną kadrą, przy optymalnie wykorzystanym okresie przygotowawczym, nie powinien mieć problemów z utrzymaniem się w IV lidze.

Rzeczywistość w niższych ligach potrafi jednak zaskakiwać, dlatego czekamy z niecierpliwością do pierwszego treningu inaugurującego przygotowania do rundy wiosennej sezonu 2017/2018