Coraz bliżej, ale jeszcze nie teraz. Piast - Śląsk 1:2

Do derbowego pojedynku z liderem IV Ligi Śląskiem II Wrocław drużyna Marka Kowalczyka przystępowała w mocno okrojonym składzie. Trener Piasta nie mógł tego dnia skorzystać z kilku podstawowych piłkarzy. Listę nieobecnych tworzyli: Głęboki, Szewczyk, Czerwiński, Makar, Polischuk, Tomasiuk, a także kontuzjowany od początku rundy Swaczeński. Grzegorz Nowicki usiadł zaś na ławce rezerwowych wyłącznie w roli straszaka. Uraz z ostatniego pojedynku w Bardzie również jego eliminował z występu przeciwko najlepszej drużynie w lidze. Do składu powrócili natomiast nieobecni w ostatnim pojedynku Taranek i Telatyński, ale trener Kowalczyk i tak miał do dyspozycji tylko jednego zdrowego piłkarza na ławce rezerwowych. Kto by przypuszczał, że brak zmian może mieć wpływ na wynik sobotnich derbów. A jednak.
Mecz rozpoczęli lepiej goście. Pierwszy kwadrans należał do Śląska, który kilkukrotnie zagroził bramce Guździoła. Najbliżej zdobycia pierwszej bramki był Samiec-Talar, który w 11 minucie głową przeniósł piłkę ponad bramką Piasta. Po piętnastu minutach mecz wyrównał się, a ambitnie grający piłkarze z Żernik zaatakowali śmielej. W 26 minucie meczu dogodną sytuację do zdobycia bramki miał Jakub Telatyński. Po brawurowym rajdzie prawą stroną boiska Piotr Tylka dograł futbolówkę wzdłuż jedenastego metra, a niepilnowany były zawodnik Śląska uderzył z pierwszej piłki na bramkę Szczerbala. Niestety strzał młodego pomocnika okazał się zbyt lekk i bramkarz Śląska nie miał problemów z wyłapaniem futbolówki.
Cztery minuty później gospodarze jednak wyszli na prowadzenie za sprawą najlepszego na wiosnę strzelca w barwach Piasta Antoniego. W 30 minucie meczu Hiszpan otrzymał idealne prostopadłe podanie od Roberta Pikulickiego i w sytuacji sam na sam ze Szczerbalem nie zawiódł. Na trybunach zapanowała euforia pomieszana z niedowierzaniem. Któż by się spodziewał, że zdziesiątkowany dziewiąty zespół w tabeli nie tylko otworzy wynik spotkania, ale będzie równorzędnym rywalem dla faworyzowanych piłkarzy Śląska.
Stracona bramka podrażniła jednak piłkarzy Piotra Jawnego. Ostatnie minuty pierwszej części meczu to ponowne ataki Śląska. Żaden z nich jednak nie był na tyle groźny, aby zaskoczyć mądrze grającą tego dnia, eksperymentalnie złożoną defensywę Piasta. Trzeba jednak przyznać, że zarówno Łuczkiewicz, jak i Bicz z Mikusiem rozgrywali tego dnia bardzo dobre zawody. Ważnymi ogniwami w taktyce Kowalczyka byli również defensywni tego dnia pomocnicy Myka i Pikulicki. Szczególne uznanie należy się kapitanowi żernickiej drużyny. Kuba Myka, w każdym kolejnym meczu ambitnie walczy o powrót do formy, do której przyzwyczaił kibiców z Żernik podczas wieloletniej gry w żółto-czarnych barwach. Wychowanek Piasta ofiarnie bronił, mądrze rozgrywał i dawał nieustające mentalne wsparcie swoim kolegom z zespołu. Trzeba przyznać, że pozostali piłkarze Piasta wzięli przykład ze swojego kapitana. Bardzo dobre zawody na lewej stronie rozegrał Miłosz Taranek. Zawodnik, dla którego każdy mecz z byłym klubem zdaje się być szczególnym dla niego wyzwaniem po raz kolejny zaprezentował się bardzo dobrze. Momentami jego strona wydawała się zamknięta dla poczynań ofensywnych Śląska, a i w ataku Taranek sprawiał kłopoty ekipie lidera. Po drugiej stronie boiska szalał Tylka i trzeba przyznać, że był to najlepszy mecz w rundzie wiosennej byłego piłkarza Lechii Dzierżoniów.
Kiedy arbiter główny gwizdnął po raz ostatni w pierwszej części meczu kibice odetchnęli z ulgą. Wynik do przerwy? Bardzo korzystny i dla wielu zaskakujący. Trener Piasta zastanawiał się jednak, jak jego zespół wytrzyma spotkanie z liderem fizycznie wobec braku zmian.
Ku jego zadowoleniu przez pierwsze dziesięć minut drugiej połowy Piast wciąż nie spuszczał z tonu. Choć Śląsk ponownie przejął inicjatywę taktyka zespołu z Żernik odpychała lidera od własnego pola karnego. Dopiero w 56 minucie lider udowodnił swoją wyższość. Po zespołowej akcji Śląska na Osinieckiej padł remis.
Przez kolejne 20 minut oba zespoły dążyły do przechylenia szali zwycięstwa na swoją korzyść. Dosyć licznie, mimo braku sprzyjającej aury, zgromadzeni na trybunach kibice byli świadkami dobrego widowiska. Po stronie Piasta sprawy w swoje ręce wziął Kowalczyk, który mimo rozsądnego wieku chciał pokazać swoim młodszym kolegom z obu drużyn, na czym polega futbol na wyższych szczeblach. Były król strzelców polskiej pierwszej ligi próbował brać grę na siebie, utrzymywał się długo przy piłce i często próbował szukać w pierwszej linii Antonio Molla. Niesiony dopingiem swoich rodziców Hiszpan okazywał wiele ochoty do gry, jednak kiedy już był obsługiwany prostopadłymi podaniami przez Kowalczyka, czy Pikulickiego, arbiter boczny jak w transie podnosił chorągiewkę do góry. Kilkukrotnie jego sygnalizacje były słuszne. Kilka razy też doprowadziły trybuny przy Osinieckiej do wrzenia.
Trener Śląska Piotr Jawny widząc niekorzystny obrót sytuacji na boisku sięgnął po zmiany. Na placu gry pojawiło się aż pięciu świeżych zawodników. Zmieniło to znacząco obraz gry. Niestety, ambitna gra gospodarzy z takim zespołem jak Śląsk kosztowała ich mnóstwo sił. W miarę upływu czasu ten ubytek stawał się coraz bardziej widoczny, a kiedy w 74 minucie boisko opuścić musiał kontuzjowany Jakub Mikuś załamał się cały plan taktyczny Kowalczyka.
Na boisku zameldował się na w pół dyspozycyjny Nowicki jednak Śląsk w tym czasie zaczął dominować już na całej długości boiska. I w końcu nadeszła 77 minuta. Podanie z bocznych sektorów boiska bezbłędnie wykorzystał Mikołaj Kotfas i Bartek Guździoł musiał wyciągać piłkę z własnej bramki po raz drugi.
Bramka na 1:2 nie podłamała ambitnie grających żerniczan. Do samego końca dążyli do zmiany niekorzystnego wyniku, jednak trzeba uczciwie przyznać, że mimo iż podopieczni Marka Kowalczyka rozgrywali tego dnia jedno z najlepszych swoich spotkań to Śląsk zasłużył na 21 wygraną w sezonie.
Już za cztery dni Piast rozpocznie swój wyjazdowy trójmecz. Do składu Wrocławian powróci kilku kluczowych zawodników i wszyscy kibice żółto-czarnych mają nadzieję, że ekipa Kowalczyka powróci na zwycięską ścieżkę.
Na najbliższe spotkanie zapraszamy do Wołowa, gdzie o godz. 17.00 dnia 1 maja Piast zagra o sześć punktów z miejscowym MKP. Przed prawie dwoma laty Piast w Wołowie w roli Kopciuszka zdobył historyczną pierwszą bramkę w IV lidze. Tym razem wrocławianie jadą tam w zgoła innych nastrojach jednak mecz z MKP wydaje się mieć jeszcze większe znaczenie niż w sierpniu 2018 roku.